Szanuj Życie Lance

2 1 2
                                    

Zastanawiałam się zawsze ile dla ludzi znaczy ich własne życie. Co będą w stanie zrobić, aby uratować siebie lub co zrobią by to życie stanęło pod znakiem zapytania. Nikt normalny nigdy nie zrobiłby czegoś naumyślnie, aby zagrozić sobie. Jednak czy w świecie narkotyków, pobić czy nielegalnych walk można mówić o ludziach normalnych? To również stało pod znakiem zapytania, kto by chciał wejść do tego syfu, narażając własne życie i zdrowie. Jedyne co przychodziło mi do głowy to "ktoś kto potrzebuje pieniędzy" i tego akurat byłam pewna tak jak niczego innego.

Związałam blond włosy w luźnego koka i zasiadłam przy biurku na fotelu ojca. Wzrokiem skanowałam kartki, łudząc się że źle spojrzałam, a na papierze nagle pojawi się odpowiednia ilość prochów. Jednak to nie była iluzja, a dobra wróżka nie przyleciała i nie zmieniła tego magicznie. Przetarłam twarz ręką i przeniosłam spojrzenie na wyświetlacz telefonu. Musiałam to zrobić, mimo iż wiedziałam, że to nie może się skończyć dobrze. Po prostu nie może. Złapałam telefon i wybrałam numer ojca, przykładając urządzenie do ucha. Czekając na głos po drugiej stronie, bawiłam się nerwowo długopisem, którym miałam zatwierdzić, że wszystko się zgadza z dostawie. Dziś jednak go nie użyje.

- Tak skarbie? - głos ojca wyrwał mnie z zamyślenia, powodując dreszcz.

- Tato, przeglądałam dokumenty i... Muszę ci coś powiedzieć - wstałam z miejsca i znów podeszłam do okna, lubiłam widok z niego, w takich momentach koił moje nerwy.

- Słucham - nie słyszałam zdenerwowania tylko tą znajomą delikatność, którą słyszę tylko ja i mama.

- Na fakturze jest podana ilość Oxycontinu, czyli 120 sztuk, jednak faktycznego towaru jest 35. Z tego wynika, że dostawca oszukał nas szacunkowo na jakieś 15 tysięcy - starałam się to powiedzieć spokojnie, mając nadzieję że to wpłynie tatę.

- Jesteś pewna?

Dwa słowa. Te dwa słowa wyraziły tyle emocji, zwłaszcza że wypowiedziane zostały z zaciśniętymi zębami. Wiedziałam, że tak będzie, za dobrze znałam faceta jakim jest ojciec. Nie był zły, był wkurwiony. Nie na mnie, nie na Bretta, który oddal swoje zadanie Cole'owi, a nawet nie na Cole'a, który nie zauważył błędu. Był wkurwiony na typa, który nas okradł i choćbym chciała wierzyć, że skończy się na rozmowie i oddaniu pieniędzy to za dużo wiedziałam o tym świecie, aby wierzyć w takie bajki i szczęśliwe zakończenia.

- Tak, dzwoniłam do Cole'a. Wczoraj odbierał towar, nie zauważył, że coś mu się nie zgadza, a facet jeszcze bardzo szybko się zwinął i nie miał okazji tego sprawdzić na spokojnie - musiałam to dopowiedzieć, aby tata nie miał pretensji do Cole'a, nje chciałam by winił chłopaka.

- Zadzwoń do niego i powiedz, że nie jestem zły. Ale ma zebrać ludzi, bo po gali mamy coś do załatwienia.

- Nie ma sprawy - odwróciłam wreszcie wzrok od okna i przeszłam przez pokój, przystając na środku - tato...

- Tak Lils? - i tu nastąpiła gwałtowna zmiana w głosie, to znów był mój tata, a nie wkurwiony na dilera właściciel nielegalnych biznesów.

- Uważaj na siebie, proszę - przymknęłam oczy i złapałam się za głowę, wiedziałam, że nic mu się nie stanie, jednak zawsze miałam dziwne i czarne myśli z tyłu głowy.

- Zawsze uważam skarbie. A teraz leć odrabiać lekcje i nie przejmuj się już tym.

- Okej, będę na ciebie czekać w domu.

- Wrócę późno, a ty jutro idziesz do szkoły Lilian. Porozmawiamy jutro, obiecuje - miał rację
Gdyby nie ta głupia placówka, która zamiast uczyć, wyrywa z młodych ludzi wszelkie ambicje i chęci do życia, mogłabym na niego poczekać.

Think about us Przystań dla opowiadań. Odkryj teraz