Rozdział drugi

Zacznij od początku
                                    

-Pana nikt nie zastąpi – westchnęłam, a potem spojrzałam na mojego szefa – Jeśli będę mogła jakkolwiek panu pomóc, to proszę mówić – dodałam.

-Wiem, Olivio, zawsze mogę na ciebie liczyć – mężczyzna podszedł do mnie.

-Mogę pana przytulić? – poprosiłam, a mężczyzna kiwną głową.

Nie zastanawiałam się czy to wypada czy nie. Potrzebowałam go uściskać.

-Jest pan najlepszym człowiekiem jakiego znam – powiedziałam szczerze, obejmując bo mocno.

-A ty jesteś najlepszą asystentką jaką miałem, a uwierz, było ich trochę – odpowiedział, gładząc moje plecy.

Trwaliśmy w uścisku krótką chwilę, gdy nagle przerwało nam czyjeś chrząknięcie. Odsunęłam się od pana Barreta i spojrzałam w stronę drzwi, gdzie w progu stał jego wnuk. I dziwnie na nas patrzył.

-Przeszkadzam? – zasugerował, ale wszedł do środka.

-Nie, absolutnie. Chodź Harry, powinniście się z Olivią lepiej poznać. Zjedzcie razem lunch, co? Pasuje wam? – zasugerował pan Barret, a ja ledwo zauważalnie się skrzywiłam.

Spojrzałam na Harrego, a potem na jego dziadka.

-Mam sporo pracy, muszę ustalić terminy spotkań i... - odpowiedziałam uprzejmie.

-Ale musisz mieć też czas na posiłek. Śniadania na pewno nie zjadłaś, za dobrze cię znam, Olivio – pan Barret posłał mi karcące spojrzenie, ale miał rację.

Śniadanie to nie był dla mnie najważniejszy i obowiązkowy posiłek dnia.

-Harry, zabierz Olivię na lunch do tej knajpy po drugiej stronie ulicy – nakazał pan Barret.

Z tego, co się orientowałam, po drugiej stronie ulicy znajdowała się jedna z lepszych restauracji w Nowym Jorku. Na stolik czekało się tam tygodniami.

-Dobrze, dziadku. Zamówię stolik. Wybierzesz się z nami? – zapytał spokojnie Harry.

-Nie, pogadacie sobie sami. Ja zaraz muszę wyjść i mnie dziś już nie będzie. Olivia wszystko wie, ma terminarz spotkań i rozpiskę działań. W razie czego wszystko ci wyjaśni – odpowiedział starszy mężczyzna i zasiadł za biurkiem.

-O której najczęściej jesz lunch? – Harry spojrzał na mnie, a ja na niego.

-O pierwszej.

-Dobrze, przyjdę po ciebie – oznajmił, a ja lekko skinęłam głową.

Nie wypadało odmówić mojemu nowemu przyszłemu szefowi. Choć jakoś niespecjalnie miałam ochotę na lunch z nim. Traktowałam pracę poważnie, a wspólne wyjścia do restauracji kojarzyły mi się z prywatną, a nie służbową relacją.

-Doskonale – pan Barret uśmiechnął się szeroko – To zanim pójdziecie, Olivio, przygotuj dla mnie pełną dokumentację z naszej rady nadzorczej. Wyrobisz się do lunchu? – zapytał.

-Tak, oczywiście. Już się za to zabieram – uśmiechnęłam się – Wysłać to panu mailem? – dodałam.

-Tak, ja muszę wyjść – mężczyzna wstał i poprawił marynarkę – Harry, chodź ze mną. Mam do ciebie małą sprawę – spojrzał na wnuka i pokazał by ruszyli do wyjścia.

Odprowadziłam ich wzrokiem, a gdy zostałam sama westchnęłam. Nie tak miał wyglądać ten dzień. Najpierw akumulator, potem taksówka i korek, następnie winda, a teraz wymuszony lunch z wnukiem mojego szefa. Czułam dziwny niepokój i dyskomfort. Potrzebowałam się wyciszyć, a w tym pomagała mi praca. Dlatego od razu poszłam do swojego pokoju, który mieścił się tuż obok biura pana Baretta i rzuciłam się w wir obowiązków, które skutecznie zaprzątnęły mi głowę i zajęły czas aż do trzynastej.

Punktualnie o pierwszej usłyszałam pukanie do drzwi. Akurat wysłałam maila do szefa i skończyłam drukować dokumenty.

-Proszę! – powiedziałam.

-Jesteś gotowa? – do mojego pokoju zajrzał Harry.

-Tak, możemy iść – wstałam, poprawiłam sterty dokumentów na moim biurku, a w biegu dokleiłam jeszcze dwie kolorowe karteczki z datami i adresami mailowymi.

Wyszliśmy razem na korytarz, gdzie nikogo nie było. Wszyscy już zapewne godzinę wcześniej poszli na lunch. Ruszyliśmy w stronę recepcji, a tam oboje spojrzeliśmy na szereg czekających wind.

-Nie ma mowy – oznajmiłam – Ja idę schodami – dodałam, patrząc na Harrego.

-Pójdę z tobą – odpowiedział i uśmiechnął się lekko.

Zejście na dół zajęło nam dobrych kilka minut, ale wolałam to niż ryzyko ponownej awarii windy. Wyszliśmy z budynku, a tam Nowy Jork przywitał nas pięknym kwietniowym słońcem. Było piętnaście stopni, nie padało, a przyjemny wiosenny wiatr sprawił, że się uśmiechnęłam. Przystanęłam na chwilę, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Przymknęłam oczy, a ciepłe promienie pieściły leniwie moją twarz. Pomyślałam, że muszę przyciągnąć do siebie dobre myśli. Że to, że ten dzień zaczął się źle, wcale nie oznaczało, że tak samo źle się zakończy.

-Idziemy? – na ziemię sprowadził mnie głos Harrego.

Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego z uśmiechem.

-Tak, chodźmy – odpowiedziałam, a wtedy mężczyzna położył dłoń na moim krzyżu i wskazał kierunek.

Szliśmy ramię w ramię. Nie odzywaliśmy się. Po chwili byliśmy już po drugiej stronie ulicy, a następnie weszliśmy do restauracji. Harry jakby doskonale znał to miejsce. Czekając przy stoisku kelnerów, sam wskazał stolik gdzie chciał usiąść i oczywiście nie było z tym problemu. Kelner zaprowadził nas nas, podał menu i przyniósł dzbanek z wodą i dwie szklanki. Nie przepadałam za takimi lokalami, ale może dlatego, że rzadko w nich bywałam. Nie zarabiałam źle, ale miałam ważniejsze wydatki, niż posiłek dla dwóch osób za dwieście dolców, plus napiwek.

Zaczęłam przeglądać menu. Stwierdziłam, że nie będę patrzyła na ceny, by się nie peszyć. Na szczęście ceny były tak małe, że ledwo można było je dostrzec, więc ostatecznie zdecydowałam się na tajską zupę oraz sałatkę z krewetkami i mango. Zerknęłam znad menu na Harrego, który nadal dumał nad tym, co zamówi. Mężczyzna spojrzał na mnie, odłożył kartę i zapytał nagle z powagą w głosie:

-Czy ty sypiasz z moim dziadkiem?

Dyrektor generalnyPrzystań dla opowiadań. Odkryj teraz