*Psst* Notice anything different? 👀 Find out more about Wattpad's new look!

Learn More

Po wydarzeniach wczorajszego wieczoru żadnemu z nich nie chciało podnieść się z łóżka. Leżeli w milczeniu gdy pierwsze promienie zimowego słońca wdarły się do pokoju tańcząc na sennych powiekach chłopaków. I wtedy – dosłownie i w przenośni – Johna oświeciło. Na dziś przypadał dzień ich wyprowadzki na swoje. Uśmiechnął się na myśl, że już za parę godzin nie będzie musiał przejmować się obecnością innych domowników. Myśli McCartneya również krążyły w tych okolicach. On jednak w odróżnieniu od swojego kochanka zastanawiał się nad praktyczną stroną. Jak spakować wszystkie graty aby zajęły jak najmniej miejsca.

- Morning Paulie – ziewnął John przeciągając się na wąskim łóżku.

- Cześć kochanie.

Macca przeciągnął palcami po torsie chłopaka ciesząc się, że ma go obok. Z poranną rozczochraną fryzurą wyglądał tak słodko i niewinnie. Paul nie mógł napatrzeć się na ten cud natury jak to go często w myślach nazywał.

- Gotowy na przeprowadzkę – zapytał ładując swoje ciało na ciało chłopaka i dając mu krótki namiętny pocałunek.

- Oczywiście, że tak – Paul oblizał usta – ależ pan romantyczny od rana.

- Jestem szczęśliwy.

- Ja również. A wiesz, że będziesz musiał iść do domu po resztę swoich rzeczy?

John nie widział się z ciotką od wydarzenia, które miało miejsce kilka miesięcy temu. Unikał wizyty w domu jak ognia. Zawsze znalazł sposób aby się od niej wymigać a McCartney nie chciał go naciskać. Mimo iż ciotka Johna nie potraktowała go zbyt miło, rozumiał ją. Dodatkowo zależało mu aby Lennon pogodził się z nią. Kobieta była jego jedyną rodziną, prócz niej miał tylko jego, Paula. Wiedział też, że mimo iż chłopak tego nie pokazywał, było mu ciężko i tęsknił za Mimi.

- Tak tak. Trochę o tym myślałem i chyba czas z nią porozmawiać.

- Czas to był jakiś czas temu – Macca zrobił ironiczną minę – Całe święta siedziała sama.

- Jest taka wredna, że jej się należało – prychnął John.

- A tobie było miło gdybym na ten przykład ja zostawił cię w święta samego?

- Ale ja nie jestem wredny dla ciebie – oburzył się John.

- Ona też nie była – Paul zachichotał na wspomnienie tamtego wieczoru – do czasu aż znalazła nas przytulonych pod kołdrą.

- Nie musiała się tak unosić.

- Dobra mały, tyłek do góry i do roboty. Koniec pogaduszek.

Wstali z łóżek na wpół przytomni, o tak wczesnej porze nie budzili się chyba nigdy. W pokoju było zimno więc od razu okryli się kocami i nieobecnym wzrokiem zaczęli rozglądać się po pomieszczeniu myśląc od czego należy zacząć. Po dwóch kwadransach narzekania i marudzenia zabrali się do pracy. Dzięki pedantycznym zachowaniom McCartneya, i porządkowi jaki utrzymywał w swoim pokoju – co przy Johnie stanowiło nie lada wyzwanie – raz dwa spakowali wszystkie płyty winylowe, książki, ciuchy i inne duperele, które ten z sentymentu trzymał w domu. Aby wszystko poszło sprawnie do pomocy, za niewielkie kieszonkowe zatrudnili brata McCartneya, który zbijał akurat bąki na kanapie i ucieszył się perspektywą łatwego zarobku. Biegali na zmianę z samochodu do pokoju na piętrze i kilka kursów później wszystkie graty znalazły się w wozie Lennona.

- Ale ja prowadzę – oznajmił Paul - Może i masz prawo jazdy ale jeździsz tak, że staruszki cię wyprzedzają.

- Niby dlaczego ty...?

- Bo ty jesteś ślepy jak kret – drażnił się Paul

- A odwal się – prychnął John – dobrze prowadzę.

- No dobra chcesz to prowadź – nachylił się aby dać chłopakowi całusa jednak odskoczył w ostatniej chwili zobaczywszy w drzwiach swojego brata.

- Poza tym to jest moje auto to będziesz jeździł. A do tego czasu zapomnij, że pożyczę ci moje, na panienki – puścił do niego oko – Bo wiem, że i takie fantazje masz.

- A szkoda, już miałem nadzieje. Ale nic straconego. Kupie sobie czerwone kabrio to same

wskoczą – odparł wyszczerzając się w uśmiechu.

- Ta, jak już będziesz na emeryturze i żadna nawet kijem cie nie będzie chciała ruszyć.

- Haha, świetny żart Lennon. Ja mam zamiar starzeć się z klasą.

John zmierzy chłopaka wzrokiem po czym teatralnie prychnął z pogardą.

- Tak tak, taka prawda. Spójrz na tę twarz... i zapamiętaj seksy teraz seksy jutro seksy zawsze.

Cała trójka wybuchnęła śmiechem i powlekli się do auta. Zostawili młodszego McCartneya pod domem razem ze wszystkimi tobołami i pogrzali do starego domu Johna po resztę jego rzeczy. John wszedł do domu jak gdyby nigdy nic i natychmiast skierował swoje kroki na górę. W połowie schodów zatrzymała go jednak starsza kobieta, żądając wyjaśnień. Ten z początku nie był zbyt chętny do jakichkolwiek tłumaczeń ale gdy spotkał się z prawie ojcowskim wzrokiem swojego chłopaka zrozumiał, że czas najwyższy wyjaśnić wszystko, ale raczej prawie. Przeprosił Mimi za swoje zachowanie i powiedział, że wyprowadza się do nowego mieszkania w którym będzie mieszkał ze swoim przyjacielem – bo dla wszystkich prócz ich samych Paul był dalej tylko jego najlepszym kumplem. Kobieta nie potrafiła gniewać się na siostrzeńca i obiecała, że niebawem odwiedzi ich przynosząc jakiś smaczny obiad.

Kilkanaście godzin później rzucili się na kanapę w swoim nowym domu oddychając z ulgą. Wiele było jeszcze do zrobienia ale mieszkać już się dało. Lennon wyciągnął nogi nie mając zamiaru nigdzie więcej się dziś ruszać. Zaprosili Mika na małe piwo w ramach podziękowań za pomoc, problem w tym, że lodówka była tak samo nowa jak i pusta.

- Paul wiesz jak ja cię lubię – powiedział przesadnie miło Lennon – skocz po piwko co?

- A zrobiłeś zakupy?

Lennon milczał przez krótką chwilę. Niby kiedy miał zrobić te zakupy?

- Skoczysz do sklepu?

- Oho i zaczyna się samodzielne mieszkanie – zaśmiał się Paul – no skoczę, skocze. Kupię też coś na kolację.

McCartney wiedział, że gdyby wysłał po zakupy swojego chłopaka to na kolację zjedli by chipsy zagryzając je słonymi paluszkami. Postanowił jednak, że rozsądnie będzie ustalić listę kto robi co w jaki dzień tygodnia. Tak będzie sprawiedliwie. Wrócił do domu automatycznie kierując swoje kroki ku kuchni aby rozpakować siatki. Właśnie nachylał się nad lodówką gdy poczuł jak ktoś przytula się do jego pleców. Uśmiechnął się automatycznie odwracając głowę.

- Spadaj, Mike jeszcze zobaczy – mruknął wytykając język.

- Nie zobaczy, siedzi na kanapie – głos Johna był ściszony i seksowny – daj browar.

- Daj buziaka - targował się Macca.

- Chcesz?

- Zawsze.

Jakby to wyglądało gdyby John Lennon nie spełnił prośby swojego ukochanego. Zerknął do salonu czy Mike aby na pewno ich nie widzi po czym usta mężczyzn połączył namiętny pocałunek. Nawet gdy już skoczyli Paul dalej nie wypuszczał chłopaka z objęcia. Był tak szczęśliwy, że chciał skakać pod sufit.

Wrócili do salonu gdzie czekał brat McCartneya. Chłopaki rozmawiali na wiele interesujących tematów a Lennon zaczął pod sypiać na kanapie. Na całe szczęście młody McCartney chciał już wracać do domu więc mężczyzna otrząsnął się i postanowił go odwieźć. Paul natomiast w świetnym humorze i pełen energii do działania postanowił zrobić małe przemeblowanie. Wyjął z pudła gramofon i pierwsza lepszą płytę, Buddy Holly, idealnie. Nałożył igłę i w pokoju rozbrzmiała muzyka. Chłopak przesuwał meble, przewieszał obrazki aż wreszcie zmęczony padł na kanapie. Zamknął oczy wsłuchując się w melodie gdy nagle ktoś trzasną drzwiami.

Two Boys LovePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!