Untitled Part 6

112 3 1

6

Przyjaźń jest najczystszą formą, obcowania z druga istotą.

Właśnie przedzieram się na drugą stronę ulicy i zmierzam do przystanku. Próbuję w tej wiacie znaleźć troszkę osłony przed zimnem. Nic, czekam na powrotny autobus, skulona, rozcieram marznące ręce, średnio mi to wychodzi, bo muszę opiekować się moim torcikiem. Jak na minus 4 jest strasznie zimno, w końcu to już grudzień. W sumie mówili, że odczuwalna temperatura będzie większa. No kurwa, gdzie ten autobus? Właśnie dziś w takie zimno, postanowił się spóźnić. Zerkam na komórkę, już całą minutę, bezczelność.

Po kolejnych dwóch minutach i przeklinania w myślach kierowcy, jedzie mój pojazd, wsiadam i rozkoszuję się ciepłem, które rozchodzi się szybko po moich kościach. Walczę z kilkoma osobami o siedzące miejsce, wszak mam pakunek, który musi mieć dostojne i bezpieczne miejsce. Wygrywam i zasiadam przy oknie, moje ulubione miejsce. Na ustach formuje mi się uśmiech – tym razem studenciku sobie postoisz.

Miejsce przy oknie ma dużo plusów, widok przesuwającego się krajobraz za oknem, ciepło od nadmuchu, cudowna rzecz dla zmarzniętych nóżek. A najważniejsza rzecz, nie muszę nikomu ustępować miejsca, zawsze to robi ktoś na brzegu i jeszcze nikt nade mną nie stoi, nie wisi, nie znoszę tego.

Wiem może i powinnam być bardziej serdeczna i czuła na starsze osoby, ale po latach dojeżdżania komunikacja miejską, spotkało mnie tyle niemiłych obrazów, dotyczących oczywiście staruszków, że przestałam się tak nimi przejmować. Może władze powinny znowu organizować, dzień pieszego pasażera. Każdy by docenił luksus, jakim jest jechanie w cieple, a nie marsz na mrozie.

Staruszkowie są zrzędliwi, cały autobus oczywiście tylko do nich należy i tylko oni mogą być chorzy. No bo powiecie sami, jadę tramwajem – zaznaczam wagon jest prawie pusty. A było to tak, wsiadałam z przodu wagonu i tam usiadłam na miejscu zaraz za kierowcą. Co to za różnica, gdzie będę chodzić. Więc siedzę na tym miejscu z krzyżykiem. I nagle na kolejnym przystanku wsiada jakiś dziadziuś i startuje od razu do mnie. Porusza się tak szybko, jakby był dwudziestolatkiem, a nie chorą osobą. Mówi, żebym zeszła z tego miejsca, a nawet żąda, wskazując ten magiczny krzyżyk – zaznaczam znowu, że wkoło jest pełno wolnych miejsc. Od tak, bo to miejsce mu się należy i już.

Paranoja.

Wcale nie jestem kłótliwą osobą, więc odszukuje swój najmilszy i najszerszy uśmiech i z pokłonem z chodzę mu z miejsca. Ale zamierzam go zdenerwować, nie tylko moja uprzejmością, ale siadam po przeciwnej stronie, również na siedzeniu z krzyżykiem. I szydzę w głowie wyzywająco do niego i również go obserwuję, no chodź zgoń mnie i z tego miejsca. On mierzy mnie zawistnym wzrokiem, a gdzie sympatia i miły śmiech. Cały tramwaj komentuję, krytykuje dziadka. Więc, tak często ustępuję miejsca, ale staruszkowie, to specyficzni ludzie, sami się proszą o wybuch śmiechu, lub przekleństwo.

Nie ważne, siedzenie koło okna jest najbezpieczniejsze, żeby się odgrodzić od tłumu, dziadków i dzieci. Po całym dniu pracy z ludźmi, chcesz trochę spokoju. Zagłuszam ich potok rozmów i włączam radio z moją ukochaną krzykliwą muzyką. Całą drogę obserwuję przez boczną szybę, ludzi w autach, ciekawe czy zdają sobie sprawę, że z wysokości autobusu, widać wszystko co robią w środku.

Julia na tropie Wielkiego OPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!