John zapukał do drzwi McCartneya kilka dni po ostatnich wydarzeniach. Zdobył pieniądze na wycieczkę, którą obiecał przyjacielowi. Był zachwycony, miał nadzieję, że wycieczka do Paryża coś zmieni. Prawdę mówiąc po tym co stało się w domu jego ciotki przez ostatnie dni nie był w najlepszym nastroju. Zupełnie odwrotnie do Paula, który to planował jak podejść przyjaciela podczas wyznania mu tego co czuje. Musiał mieć odpowiednią taktykę w razie gdyby jednak źle zinterpretował intencje Johna i mógł obrócić to w dowcip. Niemniej jednak gdy usłyszał pukanie wybiegł z pokoju i skacząc po trzy stopnie za jednym susem poleciał do drzwi.

- Mam gitarę, mam kasę, mam cieb... – John ugryzł się w język – To jedziemy?

- Ale co tak już, z marszu – Paul był zaskoczony mimo iż jego przyjaciel miał w zwyczaju podejmowanie spontanicznych decyzji.

- No a co, dawaj.

- Daj sekundę, skocze po walizkę na górę.

Prawdę mówiąc Macca nie był jeszcze spakowany i w tym momencie na ślepo wrzucał ciuchy do torby. Ledwo co się mieściły ale gdy trochę je dopchnął miał nadzieję, że torba wytrzyma tę podróż. Cały w skowronkach zbiegł na dół do czekającego przed domem przyjaciela.

- I dopiero teraz możesz powiedzieć, że masz mnie – odparł na wcześniej urwane zdanie Johna, z którego zdołał jednak wyłapać sens.

- W jakim sensie – wzrok Lennona prawie zdradzał jego nadzieje.

- No w takim, że jadę z tobą.

- Ah no tak, tak.

***

Pierwszym miejscem w jakie udali się po przylocie był ich niewielki hotel. Pokoje nie były specjalnie wyszukane ale nie mogli narzekać bo w porównaniu z czasami w Hamburgu był to luksus. Każdy z nich miał swoje własne łóżko, które nie chwiało się przy najmniejszym ruchu. Pokój był cudownie nasłoneczniony oraz nie śmierdziało w nim stęchlizną. Jednym słowem byli bardzo zadowoleni. Odłożyli swoje bagaże i niemal od razu ruszyli zwiedzać. Atmosfera miasta bardzo szybko zaczęła wywierać na nich wpływ. Tutaj życie toczyło się inaczej, nikt się nie spieszył, każdy był tolerancyjny. Dlatego też niczym niezwykłym był widok dwóch mężczyzn trzymających się za ręce na środku ulicy. Chłopaki starali się nie zwracać na nich uwagi pomimo tego iż był to dla nich bardzo niecodzienny widok każdy z nich zazdrościł im w duchu. Na pierwszy ogień poszło odwiedzenie Łuku Triumfalnego. Jako że żaden z nich nie bardzo wiedział po co tak naprawdę tam poszli, gdyż łuk nie okazał się niczym niezwykłym zgodnie postanowili pójść na obiad. Znaleźli niewielką, typowo francuską knajpkę i usiedli przy kilku stolikach ustawionych wzdółż deptaka. Podczas gdy McCartney przeglądał menu ten drugi zdążył zamówić po piwie.

- Hej John tu mają specjalne danie dedykowane dla ciebie... żabie udka – zaśmiał się Macca.

Plan tego jak przyznać się przyjacielowi miał obmyślony w najmniejszym szczególe. Czekał tylko na odpowiednią porę.

- Fu – twarz mężczyzny wykrzywił grymas.

- No co ty. Przecież masz podobne uda – zobaczywszy minę kolegi postanowił jednak zrezygnować z żartu – Żartowałem, oczywiście, że masz ładne uda.

Lennon spojrzał na niego myśląc, że się przesłyszał.

- Chryste, zamknij się już – syknął do siebie McCartney.

- Czekaj czekaj, podobają ci się moje uda?

- Mówiąc oczywiście poglądowo, to jak na faceta są całkiem niezłe. Przecież my Anglicy z reguły jesteśmy ładniejsi niż te żabojady – przyznał Macca, powoli wprowadzał swój plan w życie – może lepiej już chodźmy co? Albo posiedźmy tutaj i patrzmy na tych wszystkich obściskujących się francuzów.

Two Boys LovePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!