Powietrze w niewielkim Hamburskim klubie było ciężkie od dymu papierosowego. Bar wypchany był po brzegi pijanymi marynarzami, kupcami oraz innym elementem, który w owym czasie przebywał w mieście portowym. Większość przychodziła tu w jednym celu. Zobaczyć kapelę, która grała na scenie od świtu do nocy i od nocy do świtu. John, Paul, George, Pete i Stuart, piątka młodych, utalentowanych i przystojnych Anglików zakończyła właśnie swój występ i schodzili ze sceny aby teraz i oni mogli trochę się zabawić. Nazywali się The Beatles, choć każdy z nich miał skrajnie odmienne charaktery, na scenie zachowywali się jak jedno ciało. Pete i Stuart jak zawsze siedzieli w swoim towarzystwie, na uboczu grupy. George znany ze swojego apetytu przepadł przy barze wciągając kolejną porcję frytek i hamburgerów. Paul jak co dzień, otoczony przez coraz to większą grupkę dziewczyn nie marnował czasu i flirtował z jak największa ilością za jednym razem. John Lennon miał dziś jeden ze swoich gorszych dni. Znów eksperymentował z różnymi pigułkami, które dostał przy barze i trzymając się za brzuch powlókł do swojego pokoju. Chociaż pokojem tego nazwać raczej się nie dało. Niewielkie pomieszczenie na zapleczach klubu, bez okien za to z jedną świecącą ostatnimi siałam żarówką i dwoma łóżkami postawionymi po obu stronach ściany. W takich właśnie warunkach mieszkali, jednak nie zrażało ich to i codziennie z tym samym zapałem stawali na scenie grając po wiele godzin. Paul McCartney siedział właśnie w koncie lokalu z kilkoma młodymi Niemkami, które chłonęły każde jego słowo gdy podszedł do niego młodszy kolega z zespołu z talerzem frytek w ręce. Harrison niezrażony tym, że jego przyjaciel ma towarzystwo i jest wyraźnie zajęty przysiadł się do stolika aby przekazać mu, że ich przyjaciel nie wygląda zbyt dobrze i najwyraźniej jest chory. Mimo iż wszyscy byli ze sobą bardzo zżyci to jednak pomiędzy dwójką Lennon, McCartney przyjaźń ta rozwinęła się najsilniej. Traktowali się jak bracia. Paul znał Johna nie od dziś i wiedział, że nie jest to pierwszy raz gdy doprowadza się on do takiego stanu więc nie przejął się zbytnio tą informacją po czym wrócił do rozmowy z nowo poznanymi znajomymi mając nadzieję, że na rozmowie się nie skończy. Młodszy kolega jednak nie odpuszczał.

- Paul no weź. Pomóż mi go ogarnąć. On ciągle narzeka, że ty masz do niego przyjść.

- Dziewczyny, zaraz do was wrócę – Wrzasnął McCartney przekrzykując gwar panujący w lokalu.

Chłopaki przeciskali się pomiędzy stolikami cały czas będąc poklepywani i ściskani przez swoich pierwszych, pijanych, fanów. Po chwili zniknęli za zapleczu gdzie Harrison zostawił Paula sam na sam z Johnem i wrócił zamówić sobie jeszcze jedna dokładkę.

Młody muzyk zastał przyjaciela siedzącego na łóżku, spoconego i potwornie bladego. Przeszedł go lekki strach, w tak fatalnym stanie John nigdy jeszcze nie był. Stanął naprzeciw niego z rekami w kieszeniach swoich skórzanych spodni.

- Co ci jest John?

- Nie wiem, chyba się czymś zatrułem – głos mężczyzny był slaby – Paul... ja chyba widzę światełko.

Spojrzał na przyjaciela mętnym wzrokiem którego nie mógł od niego oderwać. Nie wiedział czy jest to wina tego co zażył czy jego samego ale zdał sobie sprawę z tego, że ma ochotę go pocałować. Sprawiało to, że czuł się jeszcze gorzej. Zawsze wyśmiewali wszystkich homoseksualistów i ludzi którzy nie byli „normalni” a teraz on sam miał ochotę poczuć piękne usta swojego przyjaciela na sobie. Z rozmyśleń wyrwał go głos młodego muzyka.

- Pewnie się tylko czymś zatrułeś, przyniosę ci wody – odpowiedział troskliwie Paul i wyszedł do pomieszczenia obok aby napełnić szklankę.

Nie raz już czuwał przy Johnie gdy ten przesadził z różnymi podejrzanymi substancjami. Nie rozumiał dlaczego ale nigdy nie potrafił się na niego gniewać, że przez to jego nie wypalają jego plany. Widział w nim coś czego nie potrafił określić. Gdy ponownie wszedł do pokoju zobaczył coś co wcześniej uszło jego uwadze. Łóżko na którym sypiał było rozwalone w drobny mak. Pokręcił głową hamując swoja złość. John musiał mieć halucynacje. Spojrzał na marnie wyglądającego przyjaciela i podał mu wodę. Może i Lennon był, wredny, złośliwy i chamski, ale nie dla niego. W stosunku do Paula zawsze zachowywał się ciepło i to między innymi Paul kochał go jak członka rodziny.

Two Boys LovePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!